O autorze
Od lat pracuje w branży mody. Razem z Filipem Niedenthalem założyła magazyn Viva! Moda. Była jego pierwszą naczelną, oraz szefową mody w Vivie!, JOY’u, PANI i ELLE. Przez pierwszą dekadę swojej kariery tworzyła duet artystyczny z fotografem Marcinem Tyszką. Chociaż jej pasją jest stylizacja, ostatnio coraz częściej pisze. Od niedawna na swoim blogu, który już zyskał uznanie wśród specjalistów
od mody w Polsce.

Uwaga, film o YSL może rozczarować!

Dzisiaj wchodzi do kin. Ma głośną reklamę i sporo przychylnych recenzji. Rzeczywiście, ogląda się go dosyć przyjemnie. Ale...

Piękne wnętrza, plenery, urodziwi bohaterowie, ciekawostki (choćby wątek znajomości Yves Saint Laurenta z Lagerfeldem) – sprawiają, że film ten nawet wciąga. Podobnie jak piękny album ze zdjeciami, w którym pojedyncze fotografie zatrzymują na dłużej, niektóre nawet poruszają na chwilę ale zamykając książkę dosyć szybko się o niej zapomina nie widząc w niej głębszego znaczenia. Oczywiście film nie jest zupełnie pozbawiony znaczenia ale życia nie zmienia i raczej szybko się o nim rzeczywiście zapomina.



To, przede wszystkim laurka dla Pierra Bergé. Bez niego prawdopodobnie film nie mógłby powstać a Yves Saint Laurent – jak wynika z obrazu i licznych przekazów historycznych – tworzyć. Pierre ukazany jest jako niezwykle tolerancyjny partner. Oddany przyjaciel. Niemal święty. Takimi ludzi czyni miłość i bez wątpienia film jest obrazem o miłości między mężczyznami ukazanej bez niedomówień i subtelności, choć po parysku, czyli w dobrym guście.

Lubię kino, dlatego sporo od niego wymagam i kreacja głównego bohatera (Pierre Niney) mocno mnie rozczarowała. Nagrody bym za nią nie dała. Mężczyzna wygląda super ale gra przeciętnie. Scena, w której wyraża załamanie psychiczne swojego bohatera siedząc w kucki obok szpitalnego łóżka, zamiast wzruszać – zwyczajnie rozśmiesza. Zdecydowanie daleko Francuzowi do siedzącego w podobny sposób Nicolasa Cage’a w filmie “Ptasiek”. Nie chodzi o to, że Niney nie jest nagi a ma na sobie elegancką piżamę. W jego oczach, być może dlatego, że skrytych za stylowymi okularami (tak, zrzućmy winę na rekwizyt od kostiumu) nie ma emocji, przestrzeni, w końcu: głębokiej depresji, którą próbował zagrać. Jest nic. Pewnie dlatego film w końcu rozczarowuje. Nie udźwignięty przez najważniejszego aktora nie może satysfakcjonować.
Zastrzeżenia mam także do sposobu poprowadzenia narracji, która momentami zwyczajnie nudzi, choć w fabule dzieje się naprawdę wiele.

Z pewnością zainteresowani twórczością wielkiego mistrza znajdą w tym obrazie coś dla siebie. Po pierwsze: wszystkie kostiumy to rzeczywiście eksponaty z archiwów słynnego domu mody. Jest na co popatrzeć. Trzeba przyznać, że Francuzi znają się na modzie i potrafią ją pokazywać. Być może dlatego też scena finału pierwszego pokazu Yves Saint Laurenta trzyma w napięciu skutecznie niczym dreszczowiec. Doskonały montaż. Autorom udało się oddać napięcie towarzyszące projektantowi w kulisach pokazu znacznie lepiej niż twórcom programu "Project runway". Fanów mody zapraszam więc na ten film do kin obowiązkowo. Fanów kina – niekoniecznie.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...