Kuczyńska Front Row

Odczekałam chwilę, żeby poczytać, co o poniedziałkowym pokazie Ani Kuczyńskiej napiszą koledzy. Sieć oferuje natychmiastowe reakcje. Bezcenne bywają ich komentarze. Warto było się zatrzymać, by nie powtarzając po innych dać czytelnikom to, czego w pozostałych recenzjach mogło ewentualnie zabraknąć. Lub powtórzyć się nawet, jeżeli już trzeba, gdy nakazywałaby to szczerość.


Kolekcja, organizacja imprezy, muzyka, goście VIP a nawet godzina rozpoczęcia zostały już skomentowane. K Mag na swoim FB transmitował pokaz w czasie rzeczywistym. Wiele już zostało powiedziane. Z niektórymi opiniami się nie zgadzam (że stara dobra Kuczyńska), z innymi tak (że projektantka odkrywa dla nas nieznane fragmenty miasta w sposób wyjątkowy).
Próbowałam wyobrazić sobie, ile z tych recenzji zainteresuje osobę niespecjalnie zaciekawioną modą, choć prawdopodobnie nikt taki na portale modowe i blogi nie zagląda. Ponieważ natemat.pl czytują także ludzie na pokazach niebywali – do nich w pierwszej kolejności kieruję te słowa.



Ania Kuczyńska to jedna z nielicznych w Polsce projektantek, której udało się stworzyć silną markę pret-a-porter. Oznacza to, że nie szyje pojedynczych sukien na wielkie bale, śluby i czerwone kobierce – choć i tam jej projekty bywają prezentowane. Od kilkunastu lat konsekwentnie tworzy ubrania do noszenia na co dzień, uszyte w różnych rozmiarach, dostępne w sklepie (otwartym przed kilkoma sezonami na ul. Mokotowskiej 61 w Warszawie). Miewa zamówienia z butików w Japonii, Szwecji, z tego co wiem reprezentują ją agenci w Paryżu czy Mediolanie, słowem - sprzedaje ubrania za granicą naszego kraju, jak to w branży bywa – w różnych miejscach, w zależności od tego, czy ktoś zamówi kolekcję na dany sezon do swojego butiku, czy też nie.

Kuczyńska reprezentuje styl, który mógłby być określony mianem OFF. Podobni do niej projektanci pokazują kolekcję na tak zwanych OFF Schedule w Paryżu (kiedyś nawet Yamamoto miał tam pokaz, proszę więc OFFu nie brać przypadkiem za amatorszczyznę). Osobiście OFF interpretuję jako twórczość na pograniczu wiodących trendów. Kryteria doboru na taka listę są jednak bardziej skomplikowane i nie mają związku ze stylem ubrań, bardziej z rozmachem biznesu. Mimo to, jakoś tak się składa, że projektanci, którzy tam pokazują swoje kolekcje to ludzie, którzy nie wpisują się w zmienność mody, nie ma u nich w jednym sezonie lamparta, w drugim brokatu, w trzecim czarnych koronek. Jeżeli lubią czarne proste formy – takich spodziewać się możemy co pół roku. Z niewielkimi modyfikacjami. Idąc na pokaz kogoś takiego wiadomo, czego można się spodziewać i to właśnie, choć nawet w nieco zmodyfikowanej formie się zazwyczaj otrzymuje.

Tak to jest też z twórczością Ani Kuczyńskiej, która od kiedy pamietam inspiruje się bądź Sycylią, bądź epoką Disco, ale nie ma co liczyć na to, by w butiku na Mokotowskiej znalazły się pasiaste dzwony czy skórzana kurteczka z wydłużonymi klapami kołnierzyka albo dopasowany koronkowy żakiet jak od Dolce & Gabbana (którzy Secylię mają w swoim DNA). Kuczyńska inspiruje się silną kobietą, wyobraża sobie (tak podejrzewam) jak ta kobieta żyje w południowym słońcu lub żyła w rytm muzyki sprzed 40 lat. Projekty Ani są jednak na wskroś współczesne i nawiązania do przeszłości znaleźć można zaledwie w ich duchu. Nie w detalach, czy wykończeniach.

Cenię Kuczyńską. Nigdy sobie u niej niczego do tej pory nie kupiłam, ale wiem, że ma wierne grono klientek, którym potrzebna jest intelektualna prostota i bezpretensjonalność oferowanych przez nią ubrań. (O pardon! Gdy potrzebne mi było stylowe etui na iPada pomyślałam, że pewnie u niej je znajdę i nie pomyliłam się! Jest idealne.) Do jej butiku w pierwszej kolejności prowadzę znajomych z innych miast, czy z zagranicy. Lubię się nią chwalić. A kiedy w jej sklepie wisiał oryginał zdjęcia Chrisa Niedenthala ukazujący kolejkę do sklepu Mody Polskiej - byłam poruszona.

Projekty Kuczyńskiej charakteryzują się wysoką jakością wzornictwa. Ja się na tym zbyt dobrze nie znam, poruszam się w tej materii dość intuicyjnie. Wiem jednak, że trzeba założyć sukienkę od tej projektantki, żeby docenić wysiłek, jaki autorka włożyła w jej zaprojektowanie - pozornie prosta, nijaka na wieszaku, na sylwetce ożywa, układa się w nieoczekiwany, zamierzony przez nią sposób. Dopiero z bardzo bliska odkrywa się dyskretne szwy czy inne drobne detale, które odróżniają te ubrania od innych, podobnie subtelnych w wyrazie.

Mimo tego, że styl Kuczyńskiej znam dobrze i szybko rozpoznaję - najnowsza kolekcja zaskoczyła mnie. Po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć o ubraniach Kuczyńskiej, że są seksowne (niewiele dała goła pupa Dody w ubiegłym roku, przykro mi). Nie chodzi o to, że są mocno wydekoltowane, odsłaniają wiele, choć tak jest. Po raz pierwszy tak wyraźnie zmieniła się proponowana przez projektantkę sylwetka. Pojawił się biust. Talia. Nogi. Już nie ma zasłaniających kobietę po szyję niemalhabitów. Jest życie! Jest seks! Jest kobiecość! Choć mowa nawet o zwykłych prostych sukienkach szytych z delikatnej dzianiny, z powodzeniem nadających się na wałęsanie leniwe po domu. Kuczyńska nareszcie jest seksowna a ponieważ seks podobno najlepiej sprzedaje, wróżę tej kolekcji komercyjny sukces.

“Kobieta w ciąży marzy o tym, żeby być seksi” – przyznała po pokazie projektantka, która w sierpniu urodziła córczkę Alinkę, potwierdzając tym samym moje spostrzeżenia.

Wart uwagi jest też nowy kolor (Kuczyńska do tej pory gustowała w bieli i czerni - choć nie tak znowu odległy od nich) czyli odcień szarości z delikatną nutą fioletu. Zestaw: t-shirt, sięgająca łydek spódnica złapana w talii i rozkloszowana ku dołowi plus duża bawełniana torba - wszystko w tym samym odcieniu – który miała na sobie Charlotte Tomaszewska - to propozycja na miarę Voguea. Serio. Natomiast czarna sukienka z połyskującego atłasu o formie przypominającej tak modne teraz kombinezony – wzbudziła najwięcej zachwytów podczas prezentacji. Mój też.

Co najbardziej podoba mi się na pokazach Ani Kuczyńskiej?
1. Konsekwencja – tu powtarzam się po moich kolegach bloggerach (koleżanka Harel jak dotąd się na ten temat nie odezwała). Ania zawsze znajdzie jakąś lokalizację, w której pokazu jescze nie było. Potrafi ją zaaranżować w swoim stylu. Nazwijmy go: obłaskawionym romantycznym minimalizmem z domieszką dekadencji, czytaj: świece plus cegły, PRL plus superszyk, parkiet pluz złoto – do tego zupełnie nieoczekiwanie naniesione przez publiczność jesienne liście.
2. Publiczność. Wiecie jak to jest. Chodzicie sobie na różne spotkania i imprezy i zazwyczaj bywa różnie. Nie zawsze czujecie się jak wśród swoich. Nie zawsze to Wasze stado łabędzi. Jakoś tak u Ani, mimo że spotykam te same osoby, co na innych przecież pokazach – czuję się wyjątkowo, jak w gronie najbliższych przyjaciół. Tutaj znowu powtarzam się po moich kolegach bloggerach, którzy mieli podobne odczucia. Myślę, że to zasługa projektantki, która rzeczywiście zaprasza nas i chce nas ugościć (a nie - jedynie zadowolić sponsorów, że pojawili się wszyscy, którzy zdaniem sponsorów powinni się pojawić). Piszę to bez ironii. Inni projektanci tłumaczyli mi: żeby zorganizować pokaz i znaleźć na niego sponsora, trzeba zapewnić mu obecność celebrytów. Tylko wtedy znajdą się pieniądze. Bo dzięki celebrytom w plotkarskich magazynach pojawią się relacje z takiego pokazu i sponsor będzie zadowolony z nagłośnienia imprezy przez media. (Dlatego nie krytykujmy tak projektantów za tłumy na ich czerwonym dywanie. To ich być albo nie być w mediach. Choć na szczęście mają do wyboru jeszcze trwający właśnie łódzki tydzień mody, gdzie udział w imprezie wymaga mniejszych kosztów, czasem wręcz bywa przez organizatorów finansowany, ale to chyba już temat na osobny post.) Wracając do Kuczyńskiej. Do portfela jej nie zaglądam, ale zdecydowanie innymi kryteriami kieruje się ona zapisując swoją lisę gości. Bardziej, niż rubryki towarzyskie zdają się interesować ją stopki redakcyjne najbardziej prestiżowych magazynów o modzie w Polsce. Ponieważ tym razem siedzący w pierwszym rzędzie (dla ścisłości, był tylko pierwszy) mieli spokój, bo żaden paparazzi ich nie molestował – do akcji wkroczyłam ja. Postanowiłam uwiecznić tych, którzy przybyli na pokaz i którzy rzeczywiscie liczą się w branży mody. Ich nazwiska znajdziecie w stopkach kobiecych magazynów lub wśrod podpisów pod sesjami zdjęciowymi albo w tytułach poczytnych blogów. Że większość z nich znam osobiście - jakoś udało mi się ich wszystkich sfotografować. Nawet panią Krystynę Kaszubę. Yes!

Przy okazji przepraszam panią Olgę Frycz (wyglądała zjawiskowo, stylowo, jeżeli ktoś napisze o niej kiedyś w jakimś portalu zajmującym się tego typu sprawami, że się ona niby źle ubiera - proszę go natychmiast wysłać do mnie!) i panią Katarzynę Kolendę - Zaleską oraz pana Edwarda Dwurnika. Mimo, że zrobiłam Państwu zdjęcia, postanowiłam, że mój “Kuczyńska Front Row” pozostanie ściśle branżowy. Dlatego nie opublikuję Waszych zdjęć, bo w relacjach typu: “kto przybył na pokaz Kuczyńskiej” o Was właśnie można było przeczytać w pierwszej kolejności. I to na drugi dzień.

Ponieważ należymy do świata bardzo wrażliwego na swoim punkcie – wiem to po sobie – przepraszam wszystkich, których w niniejszym materiale nie ma a byli na pokazie i chcieliby być na tych zdjęciach. Wasza nieobecność wynika prawdopodobnie z tego, że koniec końców straszna ze mnie gapa.




















  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Moda
Trwa ładowanie komentarzy...